Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi.

Wywiad z okazji Jubileuszu
35-lecia Orkiestry

10-05-2014 11:38:46 11-05-2014 11:38:46 35 Summary of the event Description of the event Location of the event Organizer Organizer e-mail http://www.facebook.com/events/160427380695693 true DD/MM/YYYY

Wywiad z Waldemarem Dąbrowskim dyrektorem Teatru Wielkiego - Opery Narodowej oraz Januszem Marynowskim dyrektorem Orkiestry Sinfonia Varsovia
 

Róża Światczyńska:  Rozmawiamy w przededniu jubileuszu 35-lecia Orkiestry Sinfonia Varsovia. Niegdyś bezprecedensowego zjawiska w polskim życiu muzycznym, dziś prawdziwej instytucji, wpisanej nieodłącznie w pejzaż Warszawy. W jakich okolicznościach rodziła się ta idea?

Waldemar Dąbrowski: Wszystko zaczęło się jesienią 1983 roku. Polska Orkiestra Kameralna była wówczas częścią kierowanego przeze mnie Centrum Sztuki Studio, a Jerzy Maksymiuk jej wielką gwiazdą. Wraz z osiemnastką wybitnych muzyków stworzyli jakość, którą konkurowali z najlepszymi zespołami kameralnymi świata. W pewnym momencie Maksymiuk dostał jednak ofertę od BBC Scottish Symphony Orchestra. To było dla niego jak muzyczny Nobel. Tym bardziej, że jako twórca sukcesu POK pragnął zrobić krok dalej i wejść w świat symfonicznego żywiołu. Postanowiłem wtedy za wszelką cenę zapobiec rozpadowi zespołu i na bazie orkiestry Maksymiuka stworzyć nową formację. Nie byłoby to jednak możliwe gdyby nie Franciszek Wybrańczyk.

RŚ: Niegdyś muzyk, potem niezwykle skuteczny menedżer POK, wreszcie wieloletni dyrektor Sinfonii Varsovii. Na czym polegał fenomen jego sukcesu?

WD: Na fascynującym tyglu talentów, wśród których uderzał dar partnerskiej komunikacji i ciekawość drugiego człowieka. Dopomógł przypadek, bo menedżerka Yehudi Menuhina, Eleanor Hope, poszukiwała akurat dla niego orkiestry kameralnej. Ten niesamowity impuls dał nam szansę współpracy z jednym z największych autorytetów świata muzyki. Trzeba było tylko poszerzyć nasz znakomity kwintet o sekcję dętą, by stworzyć dla Menuhina pełną orkiestrę. I tak zaczęła się niewiarygodna praca, by wykreować jakość, która będzie go satysfakcjonować.

RŚ: Potem był słynny koncert założycielski, 27 kwietnia 1984 roku. Jak te początki wyglądały z  perspektywy dzisiejszego dyrektora zespołu?

Janusz Marynowski: Jako licealista siedziałem wtedy na balkonie Filharmonii i z zapartym tchem słuchałem tego koncertu. Menuhin przyjechał do Warszawy ze swym studentem, Lelandem Chenem. Byłem przyzwyczajony do jakości POK, bo jako młody muzyk chodziłem na wszystkie jej koncerty, ale zetknięcie z tymi legendarnymi artystami było dla mnie jak kontakt z zupełnie innym światem. Nawet nie śniłem, że kiedyś sam będę z nimi grać. Członkiem zespołu zostałem jednak dopiero w 1987 roku, po półrocznej praktyce w tzw. szkółce orkiestrowej.

RŚ: Szkoła talentów przy orkiestrze nie była jedynym pionierskim pomysłem Franciszka Wybrańczyka. Jego słynny kodeks pracy nie miał odpowiednika w polskich zespołach.

JM: To był nasz wewnętrzny regulamin, na który Dyrektor umawiał się z muzykami. Regulamin ten określał zasady i podstawy naszej wspólnej pracy. Wszystko w nim było dokładnie określone. Przykładowo kara za 5-minutowe spóźnienie wynosiła 5 dolarów, a każdy z nas miał obowiązek przyjść na próbę z własnym, wysokiej jakości instrumentem.

WD: Dla mnie kluczowe w tym regulaminie było zobowiązanie muzyka do bycia kompletnie przygotowanym. Próby nie polegały bowiem na rozczytywaniu nut, ale na pracy nad kształtem artystycznym utworów, co nad Wisłą wcale nie było takie powszechne. Ta nowa jakość przesądziła o międzynarodowej karierze Sinfonii Varsovii.

RŚ: Wybrańczyk obiecywał orkiestrze nie tylko „krew, pot i łzy”, ale też wspaniałe wyzwania artystyczne.

WD: Założyliśmy, że orkiestra będzie grała z różnymi dyrygentami, co otworzyło jej drogę do spotkań z najwybitniejszymi muzykami. Pozwoliło to osiągnąć poziom umożliwiający występy w czołowych salach koncertowych świata i liczne podróże, a nie były to przecież łatwe czasy.

RŚ: Dla Franciszka Wybrańczyka nie było jednak rzeczy niemożliwych. Prawdą jest, że muzyków przewoził kiedyś czołgiem?

JM: Ta sytuacja wydarzyła się w Libanie, kiedy pan Wybrańczyk pilnował, by nasi muzycy w obliczu działań wojennych mogli bezpiecznie wrócić do Polski. By dostać się na lotnisko trzeba było przejechać pod ostrzałem przez dzielnicę muzułmańską. Wtedy Dyrektor wynajął czołg, który wiózł go z ostatnim transportem muzyków.

WD: Wiele razy podziwiałem nie tylko kompetencje „Francesca”, ale też jego umiejętność podejmowania natychmiastowych decyzji. Kochał wyzwania, a wówczas wyzwaniem było prawie wszystko, od zdobycia wizy, po wysłanie faksu. Budowaliśmy pozycję orkiestry w świecie w oparciu o jej poziom i kontakty z wybitnymi muzykami.

RŚ: Wróćmy do słynnej umowy z Yehudi Menuhinem, w której wielki skrzypek zgodził się zostać dyrygentem orkiestry. To stało się spontanicznie, na fali koncertowego sukcesu.

WD: Ten koncert był dla nas sprawdzianem. Yehudi był zachwycony. Mimo to, kiedy odwoziliśmy go na Okęcie, drżeliśmy z obaw, jak zareaguje na naszą propozycję. A on napisał na kartce, że będzie zaszczycony przyjmując funkcję głównego dyrygenta gościnnego orkiestry.
Wtedy Franciszek zaproponował nazwę Sinfonia Varsovia.

RŚ: I tak rozpoczął się 15-letni romans Yehudi Menuhina z  jego ulubioną orkiestrą. Mówił, że czuje ją jak własne skrzypce, orkiestra też go kochała.

JM: Mieliśmy absolutną świadomość jego artystycznego formatu. Jego autorytet, wizja i zachwyt dla naszej gry budziły pełne oddanie muzyków. 

WD: Nie był być może dyrygentem w sensie warsztatu czy precyzji gestu, jednak kiedy przed orkiestrą staje tak wybitna osobowość, natychmiast w niezwykły sposób mobilizuje muzyków. Mieliśmy wspaniałe koncerty, bo płynęła od niego olbrzymia fala energii i emocji.

RŚ: Podobno kiedy pojawiał się za pulpitem, zmieniało się brzmienie zespołu.

JM: To prawda. Wydaje mi się, że to zakochanie Menuhina w orkiestrze było autentyczne. Jeśli zdecydował się nagrać z nami wszystkie symfonie Beethovena czy Schuberta, to chyba dobrze się z nami czuł. Wiedział, że go nie zawiedziemy, a nasz sposób gry świetnie się przy tym sprawdzał.

WD: Ale Wy także posiedliście zdolność kochania – i odwzajemnialiście uczucie. Menuhina nie można było nie kochać. Podobnie zresztą jak Jerzego Maksymiuka – choć była to zupełnie inna osobowość, budząca bez wątpienia skrajne emocje, ale również emanująca szalenie pozytywną energią. Franciszek Wybrańczyk umiał to wszystko fantastycznie scalać.

RŚ: Od śmierci Menuhina minęło 20 lat. Jaki testament artystyczny pozostawił swojej orkiestrze?

JM: Byliśmy wtedy na wspólnym tournée w Niemczech. W przerwie przed koncertem w Berlinie Maestro poleciał do Londynu. Po powrocie zemdlał i trzeba było odwołać występ. Wróciliśmy więc do Polski i wkrótce otrzymaliśmy wiadomość o jego śmierci. Następnego dnia przyszedł list napisany przez Menuhina jeszcze w szpitalu, w którym dziękował orkiestrze za wspaniałe koncerty i potwierdzał następne. Czuł się z nami związany jak z własną rodziną. Pozostawił nam świadomość, że muzyka może pomagać potrzebującym, a naszym obowiązkiem jest tę misję wypełniać.

WD: Menuhin zostawił nam otwartą drogę do wielkości. Zobowiązał nas do sięgania najwyższych szczytów, dawania z siebie maksimum i mądrego wykorzystywania posiadanych talentów.

RŚ: A potem na drodze orkiestry pojawił się Jerzy Semkow...

JM: Legendarny dyrygent, prawdziwy „książę batuty”, który chciał z nami grać Mahlera i Czajkowskiego. Był niezwykle wymagający, ale też obdarzony specyficznym poczuciem humoru. W pracy interesowała go wyłącznie najwyższa jakość. Nasze niedawne spotkanie z Maestro Markiem Janowskim bardzo nam o nim przypomniało. To podobieństwo nie tylko w ruchach i gestach, ale i w bezkompromisowym dążeniu do jakości.

WD: Semkow to był prawdziwy gran signore. Arystokrata w sposobie bycia, który nadawał codziennej egzystencji pewną wzniosłość i wymagał podobnego rozumienia sensu godności.

RŚ: Repertuar orkiestry znacznie się wtedy powiększył, ale zawsze ważne miejsce zajmowała w nim muzyka polska. Czym były dla zespołu spotkania z Witoldem Lutosławskim i Krzysztofem Pendereckim?

JM: Krzysztof Penderecki jest z nami związany już ponad 25 lat. Naszym dyrektorem artystycznym został jeszcze w czasach Centrum Sztuki Studio.

WD: Orkiestra była wtedy złożonym zespołem, zdolnym do zmierzenia się z każdym wyzwaniem. Jedna z jej formacji przyjęła nazwę Penderecki Festival Orchestra i skupiła na repertuarze współczesnym oraz występach z kompozytorem. Penderecki to wielka postać świata muzyki, która naznacza czas i miejsce swą obecnością i powagą. To, że taki człowiek chciał poświęcić swój czas i talent tej orkiestrze wzniosło ją na nowy poziom artystycznej renomy.

JM: Myślę, że my dopiero teraz rozsmakowujemy się w niełatwej muzyce Krzysztofa Pendereckiego. Niedawno byliśmy w Chinach z Anne-Sophie Mutter, która grała tam jego II Koncert skrzypcowy „Metamorfozy”. Choć wykonywaliśmy go nie raz, ona odkryła ten utwór zupełnie na nowo.

Mieliśmy też zaszczyt występować pod batutą Witolda Lutosławskiego. Pamiętam jego niezwykle matematyczne podejście do muzyki i precyzję zapisu, w którym kryła się cała interpretacja. Niezapomniana była również współpraca z Henrykiem Mikołajem Góreckim i jego synem, Mikołajem. Jej pamiątką jest wydana niedawno płyta z utworami obu kompozytorów.

RŚ: W 1997 roku Krzysztof Penderecki został dyrektorem muzycznym, a w 2003 – szefem artystycznym orkiestry. W 2008 roku dyrekcję muzyczną objął Marc Minkowski. Orkiestra została wówczas instytucjonalnym zespołem miasta Warszawy...

JM...a my musieliśmy związać z nim wybitnego muzyka. Mając w pamięci nasz świetny koncert z Markiem Minkowskim w Krakowie postanowiłem zagrać va banque. Kiedy więc wrócił do Polski, zagadnąłem go mówiąc, że śnił mi się wielki plakat z napisem „Marc Minkowski. Dyrektor muzyczny Orkiestry Sinfonia Varsovia”. 

RŚ: Franciszek Wybrańczyk byłby dumny...

JM: Marc wtedy nie zareagował, ale po dwóch tygodniach jego agent zaprosił mnie do Paryża na rozmowę o moich snach. Tak rozpoczęła się nasza 5-letnia współpraca z Minkowskim. Potem nasze drogi się rozeszły, bo on chciał odkrywać dla siebie nowy repertuar symfoniczny, a my chcieliśmy skupić się z nim na klasyce. Ale pozostaliśmy w artystycznej przyjaźni.

RŚ: W czerwcu 2009 roku Krzysztof Penderecki zasadził drzewo na terenie byłego Instytutu Weterynarii SGGW przy Grochowskiej 272. Tak otworzył się nowy rozdział w historii zespołu, nie mającego dotąd własnej siedziby.

JM: Poprzedziły go długie starania o pozyskanie tego terenu. To była ruina, pamiętająca koniec XIX wieku. Ale udało się odremontować budynek, w którym stworzyliśmy salę prób. Szybko pojawił się pomysł wybudowania obok sali koncertowej. W 2010 roku w wyniku międzynarodowego konkursu architektonicznego jednogłośnie wybrano wspaniały projekt Thomasa Puchera z Austrii. Przez lata nie było jednak funduszy na jego realizację. Wreszcie ówczesna prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz, powiadomiła mnie o zarezerwowaniu kwoty, która umożliwiła nam podpisanie umowy z architektem. Lada dzień otrzymamy pozwolenie na budowę, zorganizujemy przetarg wykonawczy i wystartujemy!

RŚ:  Kiedy zatem można będzie wybrać się do nowej sali koncertowej?

JM: Mam nadzieję, że w sezonie 2024–25. Główna sala pomieści1860 miejsc, druga 400 i dwie dodatkowe po 200. To wielka przestrzeń, nie tylko dla muzyki, ale i edukacji. Orkiestra będzie jej sercem, jednak chcemy też upowszechniać kulturę muzyczną mieszkańcom i zachęcać do niej najmłodsze pokolenia. Stąd realizowany wspólnie z organizacjami pozarządowymi cykl Smykofonia na Grochowskiej, przeznaczony dla najmniejszych słuchaczy, czy Akcja Labirynt dla uczniów, którzy na co dzień nie mają kontaktu z muzyką klasyczną. Z kolei program STAYnia zaprasza do muzykowania także dorosłych. Zachęcamy do nauki gry na różnych instrumentach, mamy chór i zespół perkusyjny, a ludzie, których często nawet nie stać na bilet do filharmonii, mają szansę realizować swoje pasje muzyczne w siedzibie Sinfonii Varsovii.

WD: Przed nami ogromne wyzwanie związane z podnoszeniem poziomu kultury społeczeństwa. To zawstydzające, że w Warszawie wciąż nie mamy porządnej sali koncertowej. Projekt Sinfonii Varsovii będzie dopełnieniem infrastruktury miasta, a w przypadku Pragi-Południe źródłem energii, która może zmienić jej oblicze. To idea daleko przekraczająca sferę muzyki. Mam osobistą satysfakcję, że ten skromny projekt, który zainicjowaliśmy w 1983 roku, nabiera siły sprawczej, kształtującej dziś nasze miasto.

RŚ: Czego więc życzyć orkiestrze poza szybką realizacją projektu?

WD: Nieustannej dbałości o poziom artystyczny i pozycję w życiu muzycznym oraz współpracy z kolejnymi wybitnymi muzykami, którzy będą pisać jej historię.

JM: Ja życzę nam dalszej energii do spełniania marzeń o własnym domu i spotkania dyrektora muzycznego, który w tej nowej przestrzeni będzie miał szansę na kreowanie wspaniałego brzmienia zespołu.
 

Rozmawiała Róża Światczyńska (Polskie Radio Program 2)
Wywiad autoryzowany. Rozmowa odbyła się 12 lutego 2019 roku.