Marcel Markowski wiolonczela
Sinfonia Varsovia
Thomas Sanderling dyrygent
Siergiej Prokofiew I Symfonia D-dur Klasyczna op. 25 (1916–7) [15’]
I. Allegro con brio
II. Larghetto
III. Gavotte: Non troppo allegro
IV. Finale: Molto vivace
Mieczysław Wajnberg Koncert wiolonczelowy c-moll op. 43 (1948, rew. 1956) [34’]
I. Adagio
II. Moderato – Lento
III. Allegro
IV. Allegro
przerwa
Andrzej Panufnik Procession for Peace (Procesja dla pokoju) na orkiestrę (1982–3) [11’]
Dymitr Szostakowicz IX Symfonia Es-dur op. 70 (1945) [27’]
I. Allegro
II. Moderato
III. Presto
IV. Largo
V. Allegretto
Dymitr Szostakowicz, Andrzej Panufnik i Mieczysław Wajnberg byli przedstawicielami tego samego pokolenia. Urodzeni w pierwszej i drugiej dekadzie XX wieku stali się zakładnikami wielkich wydarzeń historycznych, które naznaczyły ich biografie. Panufnik (1914–1991) zdecydował się na ucieczkę na Zachód w 1954 w buncie przeciwko autorytarnym metodom rządów w PRL-u, czego konsekwencją było wymazanie jego nazwiska i twórczości z mapy polskiej muzyki na kilka dekad. Wajnberg (1919–1996) opuścił Warszawę znacznie wcześniej, bo już we wrześniu 1939, i pieszo wraz z tysiącami uchodźców uciekał na Wschód. Ostatecznie na zawsze osiadł w Związku Radzieckim. Jego przyjaciel i mentor Szostakowicz (1906–1975) nigdy nie opuścił swojej ojczyzny na stałe, ale sowiecki system dwukrotnie (w 1936, a potem 1948) próbował go zniszczyć i przekreślić jego kompozytorski dorobek.
Bywało zarazem, że kluczowe dla XX-wiecznej historii momenty niekoniecznie determinowały w bezpośredni sposób samą muzykę. Zdarzało się, że kompozytorzy świadomie nie chcieli spełniać oczekiwań środowisk politycznych i artystycznych. W zaskakujący sposób dystansowali się tym samym od tego, co ich otaczało. Każda strategia mogła się okazać niebezpieczna. Dla niektórych śmiertelnie.
Zacznijmy od najstarszego w tym gronie kompozytora – Siergieja Prokofiewa (1891–1953). Jego Symfonia D-dur Klasyczna w życiu koncertowym odgrywa rolę idealnego dzieła wprowadzającego publiczność w dalszy program wieczoru. Prokofiew zaczął ją pisać w 1916, jednak prawykonanie pod batutą kompozytora odbyło się dopiero 21 kwietnia 1918, na kilka miesięcy przed końcem „wielkiej wojny”, ale już po bolszewickim zamachu stanu. Jak sam przyznawał, chciał skomponować „symfonię w stylu Haydna”. I taka właśnie jest Klasyczna: lekka, dowcipna, przejrzysta i pełna najprostszej radości. „Przemianowałem ją na Symfonię klasyczną po pierwsze dlatego, że to prościej; po drugie z przekory, żeby podrażnić gęsi i z ukrytą nadzieją, że w ostatecznym obrachunku wygram ja, jeśli symfonia okaże się klasyczną”, wspominał kompozytor. Tak się faktycznie stało – to jedno z najczęściej wykonywanych jego dzieł.
Podobny nastrój i energię, a także lekkość i konstrukcyjną precyzję ma w sobie IX Symfonia Szostakowicza. Zaskakująca nie tylko w kontekście niezwykle poważnych poprzedniczek – wielkich i przejmujących Siódmej i Ósmej – ale i okoliczności, w których powstała. Kończył się rok 1944, losy II wojny światowej były już przesądzone, a w środowisku muzycznym Związku Radzieckiego zaczęły pojawiać się głosy, że Szostakowicz powinien skomponować symfonię poświęconą bliskiemu zwycięstwu. Kompozytor publicznie przyznał, że myśli o napisaniu dziewiątej symfonii. Dodał także, że planuje, by była to kompozycja na orkiestrę, chór i solistów – jak u Beethovena. Potrzebny był tylko odpowiedni tekst. Presja narastała, oczekiwano, by kolejne dzieło domknęło wojenną trylogię symfoniczną Szostakowicza triumfalnym gestem. Stało się jednak zgoła inaczej.
Latem 1945 wespół ze Światosławem Richterem kompozytor zaprezentował nowe dzieło w wersji na cztery ręce w Sali Komitetu do Spraw Sztuki. Nieliczni słuchacze byli zdziwieni i rozczarowani. Oficjalne prawykonanie Dziewiątej odbyło się w Leningradzie 3 listopada i również nie zostało dobrze przyjęte. Większość krytyków w ZSRR podkreślała nieadekwatność nastroju i przekazu symfonii do sytuacji politycznej. Rozczarowania nie kryli także, co ciekawe, krytycy po amerykańskiej premierze. Znając poprzednie symfonie Szostakowicza, spodziewali się, że kolejna będzie zbliżona pod względem rozmiarów i wyrazu, a dostali dziełko krótkie, zabawne, może nawet prześmiewcze, fragmentami o wręcz slapstickowym charakterze. Kompozytor nie był jednak specjalnie zaskoczony reakcjami, które miał przewidzieć jeszcze przed prawykonaniem: „Muzycy będą ją grali z przyjemnością, a krytycy będą ją niszczyć”. Czasy prawdziwego niszczenia Szostakowicza i jego twórczości miały niebawem powrócić.
W 1948 na liście kompozytorów odpowiedzialnych za godny pożałowania stan muzyki radzieckiej znalazł się i Prokofiew, i Szostakowicz. Andriej Żdanow oskarżał ich o „antynarodowe tendencje formalistyczne”. W rezolucji z 10 lutego 1948 wyjaśniono, czym one są: „Charakterystyczną cechą takiej muzyki jest negacja zasadniczych założeń klasyki (…), rezygnacja z takich najważniejszych elementów muzycznych, jak melodia, ale za to upodobanie do chaotycznych i neurotycznych połączeń dźwięków zamieniających muzykę w kakofonię”. Symfonie VIII i IX Szostakowicza zostały zakazane, a inspirowany tematami żydowskimi I Koncert skrzypcowy kompozytor sam schował na wiele lat do szuflady (napisany w 1948 miał swoją premierę dopiero w 1955). Choć pierwsze szkice swojej kolejnej, X Symfonii rozpocznie tuż po wojnie, to pracę ukończy dopiero 8 lat później. Nieprzypadkowo to dzieło uchodzi – zwłaszcza w marszowej II części – za przerażający portret Stalina.
Losy trzeciego bohatera dzisiejszego koncertu splotły się z życiorysem Szostakowicza bardzo mocno. Podczas ucieczki z Warszawy we wrześniu 1939 Mieczysław (Mojsze) Wajnberg przypadkowo rozdzielił się z członkami swojej rodziny i stracił z nimi kontakt. Jak się później okazało – na zawsze. Dziewiętnastolatek trafił najpierw na studia kompozytorskie do Mińska (co było możliwe po uzyskaniu radzieckiego obywatelstwa), następnie – po ataku III Rzeszy na Związek Radziecki – podążył dalej na wschód aż do Taszkientu, by pod koniec wojny na zaproszenie samego Szostakowicza przeprowadzić się do Moskwy. Jeszcze w stolicy Uzbekistanu poznał i poślubił Natalię, córkę wielkiego aktora żydowskiego Solomona Michoelsa.
Koncert wiolonczelowy pisał w mrocznym czasie. Młody kompozytor jako członek Związku Kompozytorów ZSRR już wcześniej otrzymywał krytyczne uwagi za zbyt pesymistyczny wyraz swojej twórczości oraz brak odwołań do folkloru. Teraz, w roku 1948, jego utwory (w tym Koncert wiolonczelowy, notabene szeroko korzystający z melodyki żydowskiej) zostały zakazane na mocy doktryny Żdanowa i antysemickiej nagonki. Ponadto na początku roku jego teść został zamordowany na zlecenie władz radzieckich, a śmierci nadano pozory wypadku. Od tego czasu kompozytor czuł się obserwowany, a narastające zagrożenie nadszarpnęło jego i tak już delikatną konstrukcję psychiczną. Koszmar ten znalazł swój finał w 1953, gdy Wajnberg został ostatecznie uwięziony w wyniku wielkiej antysemickiej prowokacji, skierowanej głównie przeciwko żydowskim lekarzom.
Moment wybrano starannie: 6 lutego 1953 w Sali Czajkowskiego odbyło się prawykonanie Rapsodii na tematy mołdawskie Wajnberga w wersji na skrzypce i orkiestrę. Partię solową wykonał Dawid Ojstrach, a kompozytor odniósł wielki sukces. Tej samej nocy został aresztowany i uwięziony na Łubiance. Wówczas Szostakowicz napisał list do samego Ławrientija Berii, byłego szefa NKWD, a obecnie wiceprzewodniczącego sowieckiego rządu, gotowy poddać się aresztowi w miejsce swojego przyjaciela. Nie przyniósł on oczekiwanego rezultatu. Po śmierci Stalina w marcu powoli zaczęto zwalniać aresztowanych w „spisku lekarzy”, a 25 kwietnia – po kolejnej interwencji Szostakowicza – amnestia objęła także Wajnberga. W 1956 kompozytor powrócił do swojego Koncertu wiolonczelowego – rozbudował go wówczas i przygotował do prawykonania. Dalszą wspaniałą historię tej poruszającej, lirycznej kompozycji napisał wielki wiolonczelista Mścisław Rostropowicz, dając premierę dzieła w styczniu 1957. Koncert powrócił na estrady światowe wraz z renesansem twórczości Wajnberga już w XXI w., a jego polski rozdział zapisała Sinfonia Varsovia wraz z solistą Marcelem Markowskim, dokonując pierwszej polskiej rejestracji utworu.
Z pozoru historia życia i twórczość Andrzeja Panufnika wydają się bardzo odległe od biografii Wajnberga. Choć obaj operowali zupełnie odrębnymi językami muzycznymi, to jednak w wielu momentach ich losy się rymują. Co więcej: z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że się znali. Obaj urodzili się w Warszawie i studiowali niemal równolegle w tutejszym konserwatorium. Obaj większość życia przeżyli poza Polską i stali się ważnymi, aktywnymi postaciami życia muzycznego: Panufnik w Wielkiej Brytanii, Wajnberg w Związku Radzieckim. Obaj przez wiele lat byli nieobecni w polskim życiu muzycznym – szczęśliwie w XXI w. nadrabiamy te zaległości.
Panufnik został wymazany z historii muzyki polskiej po swojej emigracji w 1954. Aż do lat 70. wykonywanie jego dzieł było objęte w kraju oficjalnym zakazem. Uciekał jako pierwszy kompozytor Polski Ludowej i ceniony dyrygent, kluczowa postać w polskim życiu muzycznym tamtego czasu. Mimo niewątpliwie uprzywilejowanej pozycji, nie mógł znieść poczucia zniewolenia i konieczności podporządkowywania się władzy. Korzystając z okazji, jaką był wyjazd do Szwajcarii, zbiegł do Wielkiej Brytanii i tam przeżył drugą połowę swojego życia. Temat wojny i pokoju poruszał w swojej twórczości wielokrotnie w takich utworach, jak Uwertura tragiczna, Uwertura bohaterska, Universal Prayer, Invocation for Peace czy – wycofana – Symfonia Pokoju. Lata spędzone w PRL-u szczególnie wyczuliły Panufnika na zafałszowania, jakim podlegało pojęcie pokoju. Jego Procesja… to okolicznościowy marsz o solennym, chorałowym charakterze. Kompozycja powstała w 1983 z okazji Roku Pokoju na zamówienie Lorda Birketta i Rady Miejskiej Wielkiego Londynu. W partyturze znajdziemy dedykację, która okazuje się dziś jeszcze bardziej aktualna i nadal stanowi wezwanie ludzi dobrej woli do oporu wobec fałszu i przemocy:
Miłującym pokój ludziom wszelkich ras, religii, poglądów politycznych i filozoficznych.
– Agata Kwiecińska (Program 2 Polskiego Radia)