Franciszek Wybrańczyk
Urodził się 28 maja 1934 roku w Studzienicach, zmarł 31 maja 2006 roku w Warszawie. Organizator polskiego i europejskiego życia muzycznego, propagator muzyki polskiej na świecie, klarnecista. Współzałożyciel i wieloletni dyrektor orkiestry Sinfonia Varsovia.
Od 1975 roku Franciszek Wybrańczyk, wieloletni muzyk Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji w Warszawie, związał swe losy z Polską Orkiestrą Kameralną, uważaną wówczas w kraju i za granicą za jedną z najlepszych polskich orkiestr. Początkowo pełnił rolę pomocnika i współpracownika dyrygenta orkiestry Jerzego Maksymiuka, by w 1978 roku awansować na stanowisko jej dyrektora.
„Jego ogromna inwencja organizacyjna i intuicyjny dar panowania nad zespołem scalały to, co wydawało się, że może rozprysnąć się na wybitne indywidualności, tak jak barwy kalejdoskopu w kolorowe kryształki” – mówił o Franciszku Wybrańczyku Jerzy Maksymiuk
W 1984 roku wraz z Waldemarem Dąbrowskim powołał orkiestrę Sinfonia Varsovia, powstałą z rozszerzonego składu Polskiej Orkiestry Kameralnej. Został jej dyrektorem i kierownikiem artystycznym. Przez wiele lat działalności orkiestry dbał o jej najwyższy poziom artystyczny, zapraszał do współpracy wybitnych dyrygentów i solistów, organizował tournée w najlepszych salach Europy, obu Ameryk i Japonii.Od 2001 roku został dyrektorem artystycznym Festiwalu Sinfonia Varsovia Swojemu Miastu, którego był pomysłodawcą. Wydarzenie wpisało się w krajobraz kulturalny Warszawy jako impreza o najwyższej randze artystycznej z koncertami, w których uczestniczą tłumy warszawiaków. Festiwal przez niego powołany wciąż jest organizowany.
Za swoje liczne zasługi na polu kultury muzycznej odznaczony został Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Odznaką Za Zasługi Dla Warszawy i pośmiertnie Orderem Gloria Artis Za Zasługi Dla Kultury Polskiej.
„Zwykły niezwykły człowiek” – Franciszek Wybrańczyk we wspomnieniach muzyków
„Francesco – tak Go nazywali najwybitniejsi artyści świata. Dla mnie mój profesor klarnetu w szkole, później charyzmatyczny dyrektor i mentor. Często pytam Pana Wybrańczyka w myślach, jaką decyzję podjąć. Lata pracy z legendą uważam za bezcenny czas w moim życiu.
Związany byłem z Panem Franciszkiem na długo, zanim dołączyłem do orkiestry. Był moim nauczycielem klarnetu – znajdował jeszcze czas na pracę w szkole, będąc dyrektorem Polskiej Orkiestry Kameralnej, a później Sinfonii Varsovii. Pamiętam z tego czasu Jego opowieści o wyjazdach z orkiestrą, o wspaniałych występach, o których wtedy jeszcze sam nie ośmielałem się marzyć. Pan Franciszek był znakomitym nauczycielem, a ja – może nie do końca dobrym uczniem (pewnie dlatego, że dostałem kiedyś świnkę morską, na którą miałem uczulenie i trudno było mi ćwiczyć grę na instrumencie dętym). Pewnego dnia powiedział mi: »Wiesz co, nie będzie z ciebie żaden klarnecista. Jedyną szansą, żebyś mógł zostać muzykiem, jest dla ciebie kontrabas«. Wtedy oblał mnie zimny pot: nie byłem wtedy za bardzo zainteresowany tym instrumentem, a do egzaminów na uczelnię zostały zaledwie dwa lata i kilka miesięcy. Pan Wybrańczyk nie zwracał uwagi na moje zaniepokojenie i zaprowadził mnie do nauczyciela kontrabasu, który stwierdził, że nauczenie się w tak krótkim czasie gry na zupełnie nowym instrumencie – i to smyczkowym – nie jest możliwe. Ja jednak się zawziąłem, ćwiczyłem po kilka lub kilkanaście godzin dziennie i po jakichś dwóch tygodniach zakochałem się w kontrabasie miłością, która trwa do dziś.
Po kilku latach, gdy byłem na czwartym roku studiów, Pan Franciszek zadzwonił do mnie i powiedział: »Robimy przesłuchania na kontrabasistę do naszej orkiestry, więc może byś przyszedł i zagrał? Ty ponoć dobrze grasz«. Wziąłem udział w egzaminie bez żadnej wiary w siebie i – o dziwo – zdałem go. Nagle stałem się prawdziwym, etatowym członkiem Sinfonii Varsovii, co naprawdę nie mieściło się wtedy w mojej głowie. Mogłem grać z tymi wybitnymi artystami: Menuhinem, Rostropowiczem, Pendereckim, jeździć po całym świecie i występować na największych scenach. A Pan Franciszek stał się dla mnie nie tylko profesorem i mentorem, lecz także – dyrektorem.
Osobowość wybitna – przemiły pan z siwą bródką, zawsze elegancki, w garniturze, mówiący wieloma językami. Tej wysokiej kulturze osobistej naprawdę nie można było się oprzeć. Był czarujący, charyzmatyczny, potrafił wszystkich rozbawić. Muzycy darzyli go wielkim zaufaniem: wierzyli, że jego wszelkie wybory artystyczne i menedżerskie są absolutnie najlepsze. Niedościgniony autorytet.
Pan Franciszek w moim życiu, również prywatnym, podjął wiele decyzji, które z początku wydawały mi się niekoniecznie dobre, ale wszystkie obróciły się na moją korzyść. Był dla mnie artystycznym ojcem, mentorem, szefem – człowiekiem, który mnie bardzo wiele nauczył”.
– Janusz Marynowski, Dyrektor Sinfonii Varsovii
„Mówi się, że nie ma osób niezastąpionych – nie zgadzam się, jednak Franek jest niezastąpiony.
Wspominam Franciszka Wybrańczyka jako osobę, która cementowała zespół – był głównym filarem orkiestry. Oczywiście, bywał nieprzyjemny, gdy ktoś łamał podstawowe ustalenia, regulamin, nie przestrzegał dyscypliny. Niemniej, był też wyrozumiały, potrafił śmiać się sam z siebie. Do tej pory po orkiestrze krąży wiele historii o Nim. Właściwie to On stworzył, na bazie Polskiej Orkiestry Kameralnej, instytucję, która rozwija się i działa do tej pory – a nazywa się Sinfonia Varsovia”.
– Jacek Nycz, altowiolista
„Szanował każdego muzyka. Wymagał – ale szanował. Miał dar perswazji i przekonywania innych do swoich racji”.
– Łukasz Turcza, skrzypek

Polska Orkiestra Kameralna, Londyn, 1979 fot. Roy Round

Od lewej: Yehudi Menuhin i Franciszek Wybrańczyk, fot. Piotr Rogóyski
„Bardzo zorganizowany człowiek, oddany orkiestrze. Był z nami i w autobusie, i w samolocie; na koncertach i na próbach. Siadał wtedy obok nas i przysłuchiwał się (a przy okazji sprawdzał, czy każdy jest w formie). U Niego wszystko musiało być na 100%.
Dyrektor zapytał mnie kiedyś, gdy byliśmy na tournée, czy gram Koncert na obój i orkiestrę Mozarta. Odpowiedziałem, że »Tak, ale festiwal jest za dwa miesiące, a my jesteśmy cały czas w trasie. Nie wiem, kiedy zdążę się przygotować«. A Dyrektor powiedział na to: »Nuty pan zna?« – »Znam« – »No to pan zagra«. I zagrałem, kilka koncertów na festiwalu w Hiszpanii jako solista”.
– Adam Szlęzak, oboista
„Nie przyjmował do wiadomości, że coś jest niewykonalne. Praca paliła Mu się w rękach, wszystko było świetnie zorganizowane od początku do końca.
Pamiętam sytuację, która przydarzyła nam się kiedyś na lotnisku we Francji, Jechaliśmy windą na inne piętro, a Pan Wybrańczyk miał wtedy ze sobą »biuro« – czyli taką dużą torbę, w której trzymał zeszyt z zapisanymi odręcznie wszystkim kontaktami, telefon, jakiś stary komputer. Postawił to biuro spokojnie obok kontrabasu, w międzyczasie winda się zatrzymała, wysiadł z niej jeden człowiek, a my pojechaliśmy dalej. Przy wyjściu okazało się, że biura nie ma. Człowiek, który z nami jechał, musiał je sobie przywłaszczyć. Zaczęliśmy całą orkiestrą biegać po lotnisku – każdy, kto tylko mógł, szukał zaginionej torby. Tak spanikowanego Pana Franciszka jeszcze w życiu nie widziałem – wyglądał, jakby świat się zawalił. Na szczęście jakimś cudem biuro się znalazło na innym piętrze i wtedy Pan Wybrańczyk wrócił do życia – a my już zawsze mieliśmy oczy dookoła głowy”.
– Roman Sykta, waltornista
„Dla nas najbardziej stresującym miesiącem był kwiecień każdego roku. Byliśmy wtedy zazwyczaj gdzieś za granicą, w przerwie przed koncertem albo między próbami siedzieliśmy w kantynie i Franek wtedy do nas podchodził ze specjalnym kajecikiem, gdzie spisywał swoje uwagi. Co roku, każdy – niezależnie od tego, czy pracował w orkiestrze 5 czy 10 lat, czy był muzykiem tutti czy koncertmistrzem – musiał przejść przez takie podsumowanie minionego roku i usłyszeć od Franka: »Zapraszam na następny sezon«.
Franek kiedyś powiedział, że nikogo z tej orkiestry nie wyrzuci. Selekcja była bardzo wymagająca, ale jeżeli ktoś przeszedł okres próbny i pasował do zespołu, to wiadomo było, że już będzie grał z nami do końca.
Na początku swojej pracy byłem nie tylko kotlistą, ale również kierowcą ciężarówki, wspólnie z Januszem Czyżewskim, później z Rysiem Dembickim. Po całej nocy w trasie musiałem szybko zmienić się w muzyka i zjawić się na próbie. Reszta orkiestry leciała samolotem, więc była wypoczęta, ale ja często byłem zmęczony i nie do końca skupiony. Graliśmy wtedy III Symfonię Beethovena z Menuhinem i w pewnym momencie, jeszcze na pierwszej stronie partytury, władowałem się w pauzę. Zresztą bardzo konkretnie, kotły było słychać w całej sali i wszyscy mieli ubaw. I wtedy z tyłu słyszę taki głos: »Panie Kostrzewa, w tej orkiestrze się nie mylimy«. Zdrętwiałem, ale gdy odwróciłem się, nikogo tam nie było. Franek potrafił pojawić się znikąd, rzucić puentą i zniknąć. Do dzisiaj to pamiętam i od tego czasu zawsze, gdy gramy »Eroicę« wiem, że w tym miejscu muszę dokładnie liczyć, bo w naszej orkiestrze nie ma pomyłek.
Był profesorem w liceum muzycznym, szefem katedry instrumentów dętych. On nas wszystkich kojarzył ze szkoły i później wyłapywał poszczególne osoby, zapraszał je do orkiestry, z początku jako muzyków doangażowanych. Grałem dyplom w tym samym roku z Hanką Turonek, po dyplomie podszedł do nas, gratulował i mówił: »Pani musi zostać zaangażowana, a pana też jeszcze w swojej orkiestrze zobaczę, za parę lat«”.
– Piotr Kostrzewa, kotlista
„Kulturalny człowiek, fantastyczny menadżer i organizator. Znawca ludzi. Wielka postać.
Był bardzo wymagający, ale potrafił również docenić muzyków. Zawsze po koncertach przychodził do nas, podawał każdemu rękę, dziękował, gratulował.
Dla Niego nie było rzeczy niemożliwych – miał taki talent, który pozwalał Mu wszystko załatwić. Nawet jeśli trzeba było coś na szybko zorganizować, to też wystarczało mu 15 minut, by znaleźć rozwiązanie. Bywały takie sytuacje, że np. samolot został odwołany, a my mieliśmy zaplanowany koncert. Potrafił to załatwić tak, że zdążaliśmy co do minuty, a na scenę wchodziliśmy niemalże z obstawą policji”.
– Paweł Szczepański, waltornista, pracownik Sinfonii Varsovii, były muzyk orkiestry

Eleanor Hope i Franciszek Wybrańczyk, fot. Janusz Marynowski
Od lewej: Franciszek Wybrańczyk, Danuta Lutosławska, Witold Lutosławski, fot. Janusz Marynowski
„Był dżentelmenem, szczególnie troszczył się o kobiety w zespole. Podchodził do nas często i dopytywał: »Jak się pani czuje? Jak się pani gra w orkiestrze?«. Pewnego razu z Anią Gotartowską w dzień wolny poszłyśmy razem na obiad. Spotkałyśmy w restauracji Franka, od razu zaproponował nam deser i kawę.
Znał mnie jeszcze z czasów, gdy chodziłam do Liceum Muzycznego na Krasińskiego, a On tam uczył gry na klarnecie i bywał na egzaminach semestralnych. Gdy byłam studentką Akademii Muzycznej – byłam wtedy na trzecim roku i akurat wróciłam z konkursu we Włoszech, na którym zdobyła wyróżnienie – zadzwonił do mnie i powiedział: »Dzień dobry, tu Wybrańczyk. Czy miałaby pani ochotę spróbować swoich sił w naszej orkiestrze?«. Spróbowałam i tak już zostało.
Na początku lat 90. koncerty Sinfonii Varsovii bardzo często kręciła telewizja. Pewnego razu siedziałam w domu, akurat oglądałam z ówczesnym narzeczonym nasz koncert, aż tu nagle zadzwonił telefon stacjonarny (komórek przecież jeszcze wtedy nie było). Odbieram, a tam Franek: »Pani Hanno, czy ogląda pani telewizję? Właśnie panią pokazują! O, teraz widać pani palce, to pani różowe paznokcie«. I tak sobie miło pogaworzyliśmy.
Kiedyś spóźniłam się na samolot do Francji. Biuro orkiestry mieściło się wtedy w Centrum Sztuki Studio, akurat wyjeżdżaliśmy do Nantes w dwóch grupach: większa część orkiestry poleciała 2–3 dni wcześniej na nagrania w Paryżu, a ja razem z kilkoma innymi osobami miałam dotrzeć później. Wybrańczyk mianował mnie kierowniczką grupy i polecił odebrać z biura bilety dla wszystkich. Zadzwonił do mnie jednak Marek Żwirdowski, który akurat był w Centrum Sztuki Studio, że może od razu wziąć bilety, a później idzie na UMFC – mieszkam niedaleko, więc zeszłam do niego na chwilę i odebrałam swój bilet. Marek sam mianował się kierownikiem grupy – całe szczęście, jak się później okazało.
Następnego dnia wylot do Paryża mieliśmy o nieludzkiej godzinie, 6:00 lub 7:00 rano. Miałam wtedy małe dziecko, dawno nie wyjeżdżałam, więc przez przypadek nastawiłam budzik o godzinę za późno. Gdy przyjechałam na lotnisko, bramka już była zamknięta. Przerażona zadzwoniłam do Franciszka i opowiedziałam całą sytuację. A On – jak nie On – z ojcowskim spokojem w głosie: »Pani Hanno, proszę spokojnie przylecieć późniejszym samolotem, poczekamy na panią«. Udało mi się przebukować bilet bez dodatkowych kosztów, jeszcze zdążyłam wrócić do domu, wziąć prysznic i zjeść śniadanie. A w Paryżu wszyscy musieli poczekać na mnie jakieś dwie godziny z wyjazdem do Nantes”.
– Hanna Turonek, flecistka
„Był bardzo charyzmatyczny, miał też w sobie mnóstwo uroku. Choć oczywiście bywał też surowy. Zawsze wyczuwał, czego akurat potrzebuje orkiestra – czy teraz należy ją pochwalić, czy zmobilizować w inny sposób.
Zależało Mu na poziomie orkiestry. Powtarzał, że ludzie »słuchają« też oczami, bardzo pilnował godnej postawy przy instrumencie. Często pojawiał się na próbach, nie zaniedbując przy tym swoich obowiązków. Graliśmy prawie na całym świecie. Nawet na plaży w Meksyku. Albo na pokładzie lecącego samolotu z pianistą Justusem Frantzem (fortepian oczywiście też tam stał, przymocowany do podłogi) czy na otwartym morzu na statku, z największymi gwiazdami świata muzycznego. Dyrektor nie bał się takich wyzwań, dzięki czemu mogliśmy nawiązywać kontakty i współpracować z największymi agencjami światowymi, występować w najbardziej prestiżowych salach koncertowych z najlepszymi dyrygentami i topowymi solistami.
Miał też niesamowitą łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi – i z panią w kasie, i z największymi menadżerami. Pamiętam, jak płynęliśmy kiedyś statkiem z orkiestrą i był tam pewien znany menadżer. Widziałam, jak on się rzucił Frankowi na szyję z okrzykiem »Francesco!«. Ludzie po prostu Go uwielbiali. To był taki człowiek, który natychmiast nawiązywał świetny kontakt z każdym.
W Polsce wtedy graliśmy rzadko, głównie występowaliśmy za granicą. Zdarzały się jednak takie sytuacje, że potrafiliśmy wrócić z wyjazdu na jeden dzień – przylecieć samolotem o 5:00 rano, by zagrać wieczorem na Warszawskiej Jesieni, a następnego dnia natychmiast lecieć z powrotem na tournée. Dla Niego nie było rzeczy niemożliwych, w jego słowniku takie słowo nie istniało. Wszystko potrafił załatwić, natychmiast szukał rozwiązań – taki miał charakter. […] On, jako dyrektor, zawsze zostawał na końcu, by wszystkiego dopilnować.
Gdy byłam na moim pierwszym wyjeździe z orkiestrą, sześciotygodniowym, bardzo to przeżywałam. Wtedy nie było walizek na kółkach – ogromną torbę trzeba było po prostu dźwigać w rękach. Dotarliśmy do hotelu, wchodziłam po schodach jako ostatnia, a pokój miałam na czwartym piętrze. Za mną był tylko Dyrektor, który dołączył, gdy wszystko już załatwił na recepcji. Zobaczył mnie z tą walizką – chciałam sobie poradzić sama, ale On ją ode mnie wziął i zaniósł pod same drzwi pokoju. Po prostu dbał o ludzi. My byliśmy jakby Jego dziećmi – ta orkiestra była Jego dzieckiem.
Miałam wrażenie, że On jest po prostu wszędzie. Dyrektor chodził np. na koncerty w Akademii, by słuchać młodych muzyków. W ten sposób też zaczęła się moja współpraca z zespołem. Podszedł do mnie po występie, by mi pogratulować i przy okazji zapytać, czy nie chcę grać w orkiestrze. Oczywiście później przez długi czas byłam sprawdzana, testowana podczas różnych sytuacji i egzaminów. Dyrektor po prostu przeprowadzał tę pierwszą weryfikację: kto pasuje do zespołu, kto gra z taką energią, która będzie pasowała Maksymiukowi. Czasami za Nim tak po ludzku tęsknię. Myślę sobie, że poniekąd to dzięki Niemu trafiłam do tej orkiestry i moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej.
Kiedyś w czasie tournée wypadły akurat mikołajki. Nas, kobiet, było akurat wtedy w orkiestrze niewiele. I wtedy wszystkie dziewczyny dostały po takiej małej apaszce w prezencie. Myślę, że to był pomysł Dyrektora. Innym razem zawołał nas, wszystkie babeczki, żebyśmy w przerwie przyszły na estradę na zdjęcie z Menuhinem. Za kilka dni znów wypadał 6 grudnia i dostałyśmy wszystkie te fotografie wywołane i oprawione. A Menuhin każdej dziewczynie napisał na tym zdjęciu coś innego. Dyrektor to dla nas zorganizował i teraz mamy taką piękną pamiątkę.
Gdy pracowaliśmy razem z maestro Maksymiukiem – i w Polskiej Orkiestrze Kameralnej, i później, np. w ramach wyjazdów na długie tournée – zdarzały się różne sytuacje. Maestro ma oczywiście swój temperament, więc czasem na próbach po prostu się denerwował. I wtedy najczęściej uspokajał go właśnie Dyrektor Wybrańczyk. Nieraz mogliśmy przez okno dostrzec, jak maestro chodzi w kółko po pokoju i zbulwersowany coś opowiada, a Dyrektor spokojnie podąża za nim i łagodzi emocje. Uspokojenie Maksymiuka to był największy test – On potrafił to zrobić, miał taki dar dyplomaty, mediatora”.
– Anna Gotartowska, skrzypaczka
„Poznałem Pana Franciszka Wybrańczyka jako znakomitego klarnecistę, bo właśnie w tej roli rozpoczął swoją współpracę z Polską Orkiestrą Kameralną po powrocie z kontraktu w Libanie. Ja dołączyłem do zespołu prowadzonego przez maestro Jerzego Maksymiuka jako student, na początku lat 70. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że ktoś taki, jak Pan Franciszek, pojawi się w orkiestrze. Znając jego talenty, ówczesny dyrektor Warszawskiej Opery Kameralnej Stefan Sutkowski zaproponował Panu Franciszkowi objęcie Polskiej Orkiestry Kameralnej opieką menadżerską. Pan Franciszek okazał się w tym znakomity.
Miał swoje ulubione powiedzenie z francuskiego – organisation. On tę organizację miał w głowie. Gdyby nie to, nie wiem, czy orkiestra w ogóle osiągnęłaby takie rezultaty i czy Sinfonia Varsovia kiedykolwiek by powstała. Sinfonia Varsovia była Jego dzieckiem. Dążył do tego, by orkiestra miała swoją siedzibę i była narodowa, pod patronatem Ministerstwa Kultury.
Znakomicie porozumiewał się zarówno z dyrygentami i solistami, jak i z dyrektorami agencji artystycznych na całym świecie. Dla nich to był »Francesco«.
W Centrum Sztuki Studio krążyła anegdota, że gdy Pan Franciszek był w ferworze pracy, a musiał zadzwonić akurat do domu, to wykręcał numer i zaczynał rozmowę od »Wandzia? Tu Wybrańczyk«. Dzwonił do żony i nawet do niej wtedy zwracał się tak urzędowo.
W Polskiej Orkiestrze Kameralnej aneksem do umowy była stworzona przez Franciszka Wybrańczyka tzw. konstytucja, która określała prawa i obowiązki muzyka. Przykładowo, nie można było się spóźniać, zwracano uwagę na strój koncertowy, nie mogliśmy zapominać nut (choć oczywiście różne sytuacje się zdarzały). Po niedługim czasie można nas było naprawdę stawiać za wzór punktualności i indywidualnego przygotowania do prób. Miało to też wpływ na samą grę – wielką dbałość o szczegóły, precyzję.
Francesco zawsze był bardzo elegancki – krawat, biała koszula, marynarka. Nawet gdy wyjeżdżaliśmy do miejsc, gdzie panował upał, prezentował się nienagannie. Lubił dobre jedzenie, wypić od czasu do czasu kieliszek wina, chętnie z nami żartował.
Był bardzo oddany orkiestrze – to było takie Jego oczko w głowie.
Zwykły niezwykły człowiek”.
– Grzegorz Kozłowski, skrzypek, były muzyk orkiestry

Yehudi Menuhin i Franciszek Wybrańczyk wraz z muzyczkami Sinfonii Varsovii, z archiwum Anny Gotartowskiej
Franciszek Wybrańczyk wraz z muzykami Sinfonii Varsovii, z archiwum Anny Gotartowskiej